Reklama

Niedziela Przemyska

U stóp klasztornej góry

Jan Nosal w Egipcie w czasie II wojny światowej – stoi w rzędzie (pierwszy z prawej)

Archiwum rodzinne

Jan Nosal w Egipcie w czasie II wojny światowej – stoi w rzędzie (pierwszy z prawej)

Ginąc pod Monte Cassino nie wiedzieli, że kilka miesięcy wcześniej na konferencji w Teheranie, zachodni alianci oddali ich rodzinne domy sowietom.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Osiemdziesiąt lat temu, 18 maja 1944 r., po niezwykle zaciętych walkach, 2. Korpus Polski dowodzony przez gen. Władysława Andersa zdobył wzgórze Monte Cassino, wraz z ze znajdującym się tam klasztorem. W bitwie zginęło 923 polskich żołnierzy, 2931 zostało rannych, a 345 uznano za zaginionych.

Jednym z żołnierzy tam walczących, był mój tatuś, śp. Jan Nosal. Jako starszy saper walczył w pierwszej linii, a potem był jednym z budowniczych tamtejszego cmentarza.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Zawsze był wierny Bogu

W czasie walk nawet najmniejszej rany tam nie odniósł, zresztą nie tylko tam, ale i wcześniej w łagrach sowieckich, na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce. Przypisywał to szczególnej opiece Matki Najświętszej i swojej wierności w odmawianiu Różańca, który zabrał ze sobą, idąc 1 września 1939 r. na wojnę.

Reklama

Miałem wtedy niewiele ponad rok, kiedy opuścił nas, by bronić ojczyznę, dlatego pierwsze, świadome z nim spotkanie przeżyłem dopiero w czerwcu 1946 r., mając już osiem lat. Przez siedem lat tułaczki wojennej, z dala od swojego kraju i rodziny, zawsze był wierny Bogu, ojczyźnie i rodzinie. W tym okresie dwa razy mieliśmy od niego wiadomość – raz gdzieś spod Uralu, a drugi z Palestyny. Pierwsza wiadomość, to list wysłany przez naczelnika obozu, który jak żołnierz żołnierzowi przyszedł z pomocą w bardzo niezwykłych okolicznościach. Ojciec mój został doprowadzony przez żołnierza sowieckiego do niego jako buntownik, bo nie chciał zjechać prymitywną windą do kopalni, gdyż mało kto powracał stamtąd na powierzchnię. Okazało się, że ów komendant – pułkownik, był prawdziwym żołnierzem jeszcze z czasów I wojny światowej. Z rutynowych pytań postawionych memu ojcu odnośnie jego przeszłości, dowiedział się, że ma przed sobą żołnierza – ochotnika z 1920 r., a po dokładnym wypytaniu, gdzie i w jakiej jednostce walczył w tej obronnej wojnie przed bolszewikami, stwierdził z prawdziwym żołnierskim uznaniem: „To ty mnie gonił spod Warszawu aż pod Kijew!”.

Okazało się też, że w czasie I wojny światowej ów pułkownik przebywał w naszej rodzinnej wiosce. Wtedy najpierw dał tatusiowi kawałek chleba, który miał przy sobie i ostrzegł go, że wszyscy Polacy w tym obozie są skazani na wyniszczenie, musi więc być bardzo ostrożny, aby przetrwać. I właśnie wtedy wyjął papier i kazał mu napisać list do nas, do rodziny, zapewniając go, że ten list dojdzie. Wszystkie inne listy wysyłane z obozu były niszczone, nie dochodziły. Tylko ten jeden z okresu pobytu ojca w niewoli sowieckiej przyszedł do nas. Była to pierwsza wiadomość od początku wojny, że ojciec żyje. To był 1942 r. Druga wiadomość nadeszła w 1943 r. już z Palestyny, wraz z małą paczką żywnościową.

Później, już po bitwie pod Monte Cassino, gdy dowiedział się z komunikatów wojennych, że jego rodzinne strony (Brzostek, Jasło i okoliczne miejscowości) zostały doszczętnie zniszczone w czasie długiego, bo prawie pół roku trwającego frontu wojennego, a miejscowa ludność wyginęła, wyjechał do Anglii, skąd miał zamiar udać się do USA, do swojej starszej siostry. Dopiero przez Czerwony Krzyż dotarła do niego wiadomość od nas, że żyjemy i choć go ostrzegano jako „andersowca” i żołnierza Monte Cassino przed grożącymi mu prześladowaniami w Polsce rządzonej przez agenturę moskiewską, powrócił do nas.

Nie rozstawał się z różańcem

Reklama

Wtedy zacząłem poznawać ojca jako przykład żywej wiary, gorącej modlitwy, a nade wszystko szczególnej czci do Matki Bożej. To właśnie do jej stóp, na Jasną Górę, zawiózł różaniec jako wotum dziękczynne za ocalenie. Pamiętam, jak ze łzami w oczach opowiadał, ile to razy przeżywał dramatyczne sytuacje i niebezpieczeństwa, z których zawsze wychodził cało. Nigdy bowiem nie rozstawał się z różańcem, który zabrał ze sobą 1 września 1939 r. na tułaczkę wojenną. Zawsze udawało mu się go skutecznie ukryć, nawet w najbardziej drobiazgowych rewizjach w łagrach sowieckich. Codziennie na nim się modlił i był przekonany, że dzięki tej modlitwie uratowała mu życie Maryja, którą od dziecka tak bardzo kochał.

Wrócił bez najmniejszej rany

Przecież tylko on jeden z całej naszej okolicy przeżył głód sowieckich łagrów i piekło walki o Monte Cassino. On jeden z całej okolicy po tułaczce wojennej wrócił bez najmniejszej rany, cały i żywy. Jakże ja wtedy byłem dumny i szczęśliwy, gdy moi koledzy od tej pory patrzyli na mnie z zazdrością, że takiego mam ojca – bohatera spod Monte Cassino, że już nie jestem „bez tatusia”. Nieraz bowiem było mi bardzo przykro, gdy drwiąco pytali: „Gdzie twój ojciec?”. Jako małe dziecko często na obcych mężczyzn wołałem „tato” i dziwiłem się, dlaczego wtedy mama i inni płakali.

A potem przeżywałem radość bycia razem z nim, wspólnej pracy, często ponad moje siły, modlitwy razem, chodzenia do parafialnego kościoła czy pielgrzymowania do pobliskich sanktuariów. On, głowa rodziny, codziennie klęcząc razem z nami, odmawiał Różaniec, całą cząstkę, a potem Litanię do Matki Bożej.

Reklama

To nic, że było ciężko, że nie było dla niego nigdzie pracy. Po powrocie do kraju, gdy poszedł zameldować się do gminy, wójt – jego kolega z ławy szkolnej, ale komunista, który nie miał odwagi pójść na wojnę – bez ogródek mu powiedział: „Jasiu, jak chcesz tu żyć, to pozdejmuj z siebie te odznaczenia wojskowe i siedź cicho, bo tu andersowców się nie uznaje”. I rzeczywiście nie byliśmy mile widziani przez ówczesne władze. Pamiętam, jak w IX klasie gimnazjum, na tak zwanym apelu, napiętnowano mnie publicznie jako „podżegacza wojennego” tylko dlatego, że nie zapisałem się do ZMP. A kiedy ja, syn niepokornego andersowca, wstąpiłem do seminarium duchownego, to już dopełniło miary podejrzeń ze strony „bezpieki” i nacisków do współpracy z nimi.

Bardzo ciężko nam było w czasie okupacji niemieckiej bez ojca, a po jego powrocie też niełatwo. Było nas siedmioro żyjącego rodzeństwa (ósmy, najstarszy z nas, zmarł pół roku przed moim urodzeniem) i musieliśmy się utrzymać tylko z tej małej, nieco ponad hektarowej gospodarki i ciężkiej, dorywczej pracy u innych, bogatszych gospodarzy.

Dziękuje ci tato

Ojciec był dla nas i dla innych przykładem sumiennej pracy, szacunku dla chleba, na który dosłownie każde z nas musiało sobie zapracować, szacunku i życzliwości dla innych. Był też przykładem miłości i wierności małżeńskiej. Bóg dał naszym rodzicom łaskę przeżycia we wspólnocie małżeńskiej 62 lata. A kiedy zmarła, jako pierwsza nasza mama, tato w czasie pogrzebu płakał jak dziecko nad jej grobem i powtarzał, że to on, jako starszy, powinien umrzeć pierwszy. Żył jeszcze dwa lata i miesiąc. Do końca był wierny modlitwie różańcowej. Ile razy go odwiedzałem, a robiłem to często w tych ostatnich dwóch latach jego życia, zawsze widziałem w jego ręku różaniec. W ostatnich tygodniach, gdy mu już samemu było trudno się modlić, prosił, by wspólnie z nim odmawiać Różaniec, a kiedy trzy dni przed śmiercią odwiedziłem go, już nic nie mówił, tylko, co jakiś czas, wołał: „Mamo”. Może wzywał swej ukochanej Matki Niebieskiej, którą przez całe swoje długie życie tak bardzo kochał i czcił?

Ile razy staję nad twym grobem z okazji odwiedzin rodzinnej parafii, dziękuję ci tato, w imieniu swoim i mego rodzeństwa za wszystko: za przykład żywej, dziecięcej wiary, za miłość Boga i twoje gorące nabożeństwo do Matki Najświętszej, szacunek do Kościoła, za patriotyzm, którego nas uczyłeś żołnierzu – ochotniku Cudu nad Wisłą z 1920 r. i spod Monte Cassino.

Podziel się:

Oceń:

+2 0
2024-05-28 13:53

[ TEMATY ]

Wybrane dla Ciebie

Przyjaciel Boga i ludzi

Ks. Wiesław Augustyn (1941 – 2021)

Archiwum Kurii w Rzeszowie

Ks. Wiesław Augustyn (1941 – 2021)

Odszedł do Pana ks. prał. Wiesław Augustyn, emerytowany proboszcz parafii św. Mikołaja w Niwiskach.

Więcej ...

Kard. Sarah w Parlamencie Europejskim apeluje o szacunek dla suwerenności kulturowej Afryki

2026-07-15 17:12

Fot. Davide D'Orazio

„Bądźcie gotowi przyjąć od Afryki to, co może ona jeszcze zaoferować znużonemu Zachodowi: świadectwo żywej wiary i wartość rodziny, które mogą pomóc Europie na nowo odkryć swój logos” – powiedział w Parlamencie Europejskim kard. Robert Sarah, zwracając się do Europy i całego Zachodu.

Więcej ...

Ewangelia mówi, że mamy wyłącznie jeden czas

2026-07-16 07:08

Karol Porwich/Niedziela

Cierpliwość Boga jest ważna, aby nikomu nie zaszkodzić przed czasem, by człowiek mógł wzrastać, dojrzewać, podejmować odpowiedzialne decyzje. Jednym słowem, aby był wolny, aby na sądzie nie szukał usprawiedliwienia swoich złych zachowań, przymusem z zewnątrz. Ważny jest również czas. Ewangelia mówi, że mamy wyłącznie jeden czas. Nie można go zatem marnować.

Więcej ...

Reklama

Najpopularniejsze

Mundial 2026: Krzyż... przy gwizdku. Wyjątkowy symbol...

Wiara

Mundial 2026: Krzyż... przy gwizdku. Wyjątkowy symbol...

Figura św. Michała Archanioła z odciętą głową i...

Kościół

Figura św. Michała Archanioła z odciętą głową i...

Choszczno: Pijany mężczyzna zaatakował księdza i...

Wiadomości

Choszczno: Pijany mężczyzna zaatakował księdza i...

Nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej

Wiara

Nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej

Na trasie pielgrzymki doszło do niebezpiecznego zdarzenia...

Aspekty

Na trasie pielgrzymki doszło do niebezpiecznego zdarzenia...

Dzień Męża i Żony – siedem rad Ulmów dla małżeństw

Kościół

Dzień Męża i Żony – siedem rad Ulmów dla małżeństw

Zmiany kapłanów 2026 r.

Kościół

Zmiany kapłanów 2026 r.

Marta Nawrocka: jesienią w Warszawie zorganizuję...

Wiadomości

Marta Nawrocka: jesienią w Warszawie zorganizuję...

Redemptoryści odcinają się od wspólnoty, która planuje...

Kościół

Redemptoryści odcinają się od wspólnoty, która planuje...